MENU

Powrót do Str. Głównej

Wyniki,terminarz...itp

Skład Cigny

Statystyki zawodników

 

PODMENU

Archiwum...poprzednie ligi

Migawki z meczów

Kontakt do CTP

Poprostu KG

News: 13.06.10

"Nieważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy"

Choć Leszek Miller i jego rządy przeszły już do historii polskiego parlamentaryzmu, to po nim, jak to zwykle zresztą bywa, zostały barwne bon-moty, wśród których najbardziej chyba znanym jest ten przytoczony w tytule relacji meczu z Istanbulem.

Elmed aka Unirembud przeżywa ostatnio kryzys kadrowy, bowiem z różnych przyczyn (kontuzje, siła wyższa, narodziny dziecka:) ) nie możemy stawiać się na meczach w pełnym składzie, zaś kalendarz rozgrywek jest napięty. Przy niesprzyjającej pogodzie ciężko jest walczyć na dwóch frontach zwłaszcza, gdy gra się dwa mecze jednego dnia i to w mocno przetrzebionych składach.

To była nasza główna obawa przed meczem na szczycie z Istanbulem, który z roku na rok jest wzmacniany przez Macieja Mrozika graczami z najwyższej, szóstkowej półki. U nas w bramce niemalże już tradycyjnie Szczurekk, tył zabezpieczał kwartet Lesiu, Mański, Yahoo i Garsija, z przodu operowaliśmy Kapslem, braćmi Z., Trenerem i Mateuszem (miał swoją dwuminutówkę - wygrała kontuzja).

I chyba dlatego zaczęliśmy bardzo niemrawo. Istanbul, napędzany parą Szafa - Łukasz Stasiak z przodu, z ofensywnymi obrońcami Sławkiem Góreckim, Werbą i Pawełkiem szybko narzucił nam swoje warunki gry i zaprowadził swoje porządki. Objęli posiadanie piłki, grali z rozmachem od lewej do prawej, wymieniali szybkie podania, grę na jeden kontakt z obowiązkową zastawką. Zanim się obejrzeliśmy Werba przeklepał piłkę przed naszym polem karnym i mocnym strzałem pod poprzeczkę nie dał szans Damianowi. Chwilę później kolejna szybka akcja ofensywna Istanbulu przy odrobinie szczęścia ponownie doprowadziła do czystej pozycji strzeleckiej, , który celnym strzałem po rogu podwyższył na 2:0. A wszystko to przy naszej milczącej aprobacie i zezwoleniu na hasanie kebabowców pod naszym polem karnym. I kiedy wydawało się, że ten szóstkowy gwiazdozbiór będzie nam dyktować warunki do samego końca, mecz zaczął się - zrazu bardzo nieśmiało, ale jednak - wyrównywać.

Trudno powiedzieć, czy to efekt naszego przebudzenia (mocno wątpliwego na ten czas), czy cofnięcia się Istanbulu do defensywy, ale zaczeliśmy swoimi indywidualnymi przebojami lub prostopadłymi podaniami na zastawiającego się Dyszkę stwarzać sytuacje. Ze dwa razy spróbował Mański z dystansu i kilka indywidualnych akcji nie przyniosło efektu (przy wciąż groźnych wyjściach Istanbulu), aż w końcu Radek umieścił z lewej nogi piłkę w bramce naszych rywali. Chociaż przy stanie 1:2 dwukrotnie ratował nas słupek, to na przerwę zeszliśmy z wynikiem 2:2, kiedy indywidualny przebłysk Kapsla i jego znakomity strzał z lewej nogi dał nam remis. Tak jak bez walki daliśmy rywalom prowadzenie, tak oni nieco stanęli i oddali nam to, co wypracowali.

Po przerwie rozpoczął się jednak inny mecz. Już w końcówce pierwszej połowy zagoniliśmy nieco rywala pod jego bramkę, w drugiej połowie zaczęliśmy od skoncentrowanej gry w obronie, co zaczęło owocować coraz liczniejszymi kontrami. Zaczęliśmy oddawać znacznie więcej strzałów na bramkę Istanbulu, w czym w zasadzie brylował Kapsel (ale i bracia mieli swoje sytuacje). Na prowadzenie 3:2 wyszliśmy po przytomnym rozegraniu rzutu wolnego przez Dychę, kiedy krótko zagrał obok organizujących mur rywali do Dyszki, a ten z bliskiej odległości umieścił piłkę pod ladą bramki rywali. Nasza gra w tym momencie mogła się podobać, bo zdominowaliśmy rywala, nie robiliśmy błędów w kryciu, mieliśmy największą kontrolę nad przebiegem meczu w całym jego przekroju. Niestety, wystarczyła chwila nieuwagi (zmiana w kryciu), żeby Łukasz Stasiak przy biernej postawie Kapsla i Dychy lekko dziubnął piłkę głowną nad Szczurkiem i Istanbul złapał kontakt. Szkoda bramki, bo bardziej pachniało kolejną dla nas niż kontaktową dla rywali...

Na szczęście jednak, wśród kilku niemiłosiernych pudeł (Dycha ostrzeliwywał słupki Istanbulu w tej fazie bodajże dwa czy trzy razy) , już z Głową w bramce (dotarł nasz Pan Sędzia), Dycha niezbyt silny strzałem z rzutu wolnego, po rykoszecie, podwyższył na 5:3. Znowu mieliśmy pewien komfort, który straciliśmy po moim niezbyt precyzyjnym zagraniu, które doskonale przeczytał Maciej Mrozik (coraz bardziej zaczyna przypominać Srebrnego Lisa Ravanelliego), dograł do pustej bramki do Szafy i zrobiło się 5:4. Chwilę później identyczny błąd Leśniara mógł doprowadzić do remisu, jednak tym razem nam się upiekło. W odpowiedzi dwa bliźniacze sprinty w sytuacji "sam na sam" z bramkarzem Istanbulu przeprowadził Kapsel i w sytuacji drugiej, trudniejszej, umieścił piłkę w długim roku bramki kebabów i wynik został ustalony na 6:4.

W pierwszej połowie wróciliśmy z dość dalekiej podróży. O końcowym triumfie zadecydowała druga połowa, w której byliśmy lepsi - tak walczący Elmed (błędy mogą się trafić każdemu, wszak futbol to gra błędów) chciałoby się oglądać w każdej następnej kolejce.

Końcowy passus chciałem poświęcić Trenerowi, który dzisiaj był cichym bohaterem spotkania - świetnie zastawiał, dogrywał. Jest jak wino - im starszy tym lepszy. Dobrze, że nie muszę grać przeciwko niemu, bo czułbym się zawstydzony będąc ogrywanym przez tak doświadczonego gracza.

Yahoo